poniedziałek, 4 marca 2013

Hmmm....

Prawdę mówiąc nie wiem od czego zacząć. Jedzenie stało się moją obsesją. W myślach liczę kalorię, boję się zacząć posiłek, bo nie ma pewności, że na mojej porcji się skończy. Boję się. Z drugiej strony kiedy mam napad, nie kontroluje nic. Jestem w amoku. Nie ważne co to jest (choć najlepiej by była to czekolada, ciastka, bułki słodkie i batony), ważne żeby było tego dużo. Jedzenie słodyczy kojarzy mi się tylko z napadem i późniejszym przeczyszczaniem się. To straszne, nieprawda? Jeśli już dzień rozpocznę i zakończę tak jak to sobie założyłam (300-500 kcal dziennie, warzywa, woda i owoce) czuję dumę. Wtedy jestem najlepsza, jestem wspaniała. Właśnie w tych chwilach czuję nieocenione poczucie własnej wartości. A co najważniejsze czuję głód. Uwielbiam to uczucie.
Dzisiaj znowu miałam napad. Dzisiaj zgrzeszyłam fish and chips. Po prostu nie miałam drobnych na słodycze. A teraz mam wyrzuty sumienia. Chce mi się płakać. Nie wiem co robić. Czuje, że się poddaje. A chcę być silna. Parę dni tego usłyszałam od koleżanki: "To ty byłaś taka chudziutka". Nie będę Wam pisała całej historii, bo padniecie z nudów jak będziecie to czytać. Mniejsza z tym, jak to usłyszałam, myślałam, że tam padnę. Zrobiła mi się słabo i czułam się, jakby mi dała po razie. Mam świadomość, że zrobiła to nieświadomie. Ona nie wiem, co przeżywam i co się dzieję w mojej głowie.
Pragnę tylko jednej rzeczy, której sama nie potrafię osiągnąć. Chciałabym spojrzeć w lustro i powiedzieć, że jestem piękną i mega chuda kobietą. Po prostu patrzę i mówią : You' re looking stunning. You are skinny and beautiful.
So... good luck girls. Take care!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz